Categories Powiat

„Opowieści burzowe”: opowiadanie Hanny Szcześniak ze Szkoły Podstawowej w Białej Rawskiej

Zachęcamy do przeczytania całego opowiadania Hanny Szcześniak, uczennicy Szkoły Podstawowej im. Jana Kochanowskiego w Białej Rawskiej. Poniższe opowiadanie otrzymało III nagrodę w konkursie literackim, zorganizowanym przez redakcję KochamRawe.pl i oczywiście znajduje się w opublikowanym zbiorze opowiadań „Pewnego razu w Rawie…”, który jest dostępny niemal we wszystkich księgarniach internetowych w Polsce.

Przeczytaj zwycięskie opowiadanie „Gruszka w tRawie” Katarzyny Fedorowicz>>>

HANNA SZCZEŚNIAK
„Opowieści burzowe”

Hania obudziła się. Nie wiadomo dlaczego, poczuła wewnętrzny niepokój. Odruchowo odłączyła kabel ładowarki i sięgnęła po leżący na szafce telefon, sprawdzając ile jeszcze czasu pozostało do rana. Była godzina 2:22. Uśmiechnęła się do siebie. Zawsze miała przeświadczenie, że charakterystyczny układ cyfr, czy to na zegarze, czy w dowolnym innym miejscu, zwiastuje jakieś równie niezwykłe wydarzenie. Dobudowała sobie do tego zupełnie nieracjonalna teorię, że cyfry parzyste zwiastują szczęście, a przecież trudno o większą parzystość niż trzy dwójki obok siebie przedzielone dwukropkiem – para par. Bezwiednie włączyła fejsa, sprawdzając co wydarzyło się w jej świecie „lajków”, „postów” i „niusów” przez ostatnie trzy godziny, które minęły od jej poprzedniej chwili ze smartfonem. W poświacie rzucanej przez rozświetlony ekran rozejrzała się po pokoju. Obie jej współlokatorki pogrążone były w głębokim śnie.

"Pewnego razu w Rawie..." kupisz w księgarniach internetowych i w biurze KochamRawe.pl przy ul. Warszawskiej 6.
„Pewnego razu w Rawie…” kupisz w księgarniach internetowych i w biurze KochamRawe.pl przy ul. Warszawskiej 6.

Wczytując się w wieczorne komentarze swoich przyjaciół, usłyszała dość ciche, ale wyraźne trzaski. Wydawało się, że dochodzą z każdej strony – ze ścian, z korytarza, zza okna. Bardziej z ciekawości niż z niepokoju, zsunęła się z łóżka, by sprawdzić ich źródło. Wyjrzała przez okno. Prószył lekki śnieżek, było bezwietrznie, a niewielki mrozek sprawiał, że mimo spadających płatków, powietrze było przejrzyste. Nagle zauważyła rozbłysk przy ulicznej lampie, która przez moment zaświeciła odrobinę mocniej, by po chwili zgasnąć. Niemal jednocześnie to samo stało się z innymi lampami.

– Pewnie awaria – pomyślała dziewczyna. Odwróciła się twarzą do wnętrza pokoju, gdzie przywitała ją zupełna ciemność. Nie świeciła się dioda stand-by od telewizora, także wiecznie świecące diody ładowarek jej i koleżanek nie działały. Zwróciła też uwagę, że spod drzwi nie sączy się strumień światła z holu, nawet fosforyzująca tabliczka nad drzwiami, pokazująca drogę ewakuacji, była niewidoczna.

Ponownie wyjrzała przez okno i zastygła w zachwycie – wysoko na niebie pojawiła się wspaniała zorza. Mimo swoich szesnastu lat, Hania nigdy nie widziała czegoś podobnego. Zielone, pomarańczowe i czerwone promienie, a właściwie łuny, wykonywały przedziwny taniec, przetasowując się jak karty w talii, przenikając wzajemnie i rozchodząc. Słyszała oczywiście, ze to zjawisko występuje gdzieś pod biegunem, ale nie przypuszczała, że jest aż tak dynamiczne.

– Magda, Wika, wstawajcie – powiedziała nie odwracając się od okna – nigdy czegoś takiego nie widziałyście i pewnie nie zobaczycie.

– Nie krzycz – usłyszała tuż za plecami głos Wiktorii. Zauroczona przedstawieniem Hania nie zwróciła uwagi, że dziewczyny tez już wstały.

– Robimy zdjęcia – wpadła na pomysł Magda. – O! Mam rozładowany telefon? – zauważyła z niedowierzaniem.

– Co jest? Mój też nie działa? Przecież wieczorem go podłączyłam do ładowarki, jeszcze parę minut temu miałam 100%, nie rozumiem – odpowiedziała Hania.

– Mój też nie działa – smutno stwierdziła Wika – Przypadek? Nie sądzę.

– Pójdę do dziewczyn spod siódemki, może ich fatum nie dotyczy? – zaproponowała Magda.

W całym bialskim internacie było tej nocy tylko sześć dziewcząt i opiekunka, bo większość mieszkańców jeszcze nie wróciła z ferii. Magda po omacku dotarła do drzwi, ciemnym korytarzem minęła jeden pusty pokój i zapukała do następnego.

Tam też – pomimo środka nocy – już nikt nie spał. Julia i Oliwia stały w oknie podziwiając świetlne zjawiska na niebie, a Agata szukała czegoś w swojej torbie.

– Jest! – zakrzyknęła triumfalnie – mam latarkę, wiedziałam, że się może przydać.

– A co to za hałasy, moje panny? – w drzwiach pojawiła się pani Jola Ziętek, wychowawczyni bialskiego internatu.

– Proszę pani, coś dziwnego się dzieje – nie ma światła w całym mieście, za to na niebie dzieją się cuda. I telefony też nie działają – wyjaśniła Agata.

– To dość logiczne – z sarkazmem stwierdziła opiekunka – skoro nie ma prądu w całym mieście, to i stacje przekaźnikowe nie działają. Fizyka się kłania.

– Ale to nie chodzi o zasięg. Wszystkie po prostu się rozładowały albo zepsuły, bo nie można ich uruchomić.

Pani Jola sięgnęła do kieszeni spodni, wyciągnęła swoją przedpotopową nokię i zaczęła nerwowo wciskać różne przyciski.

– Rzeczywiście dziwna sprawa. Ten telefon nie zawiódł mnie nigdy, a teraz nie działa. Spójrzcie! – niemal krzyknęła spoglądając w okno. Ni stąd, ni zowąd na niebie pojawiła się olbrzymia błyskawica, a po paru sekundach rozległ się huk grzmotu.

Dziewczyny aż krzyknęły z przerażenia, a do siódemki wbiegły przestraszone Hania i Wiktoria.

– Burza w lutym? I to gdy pada śnieg? To wszystko staje się coraz bardziej dziwne – zauważyła wychowawczyni.

– A nawet nieco straszne – dodała Agata.

– Przerażające – zawtórowała jej Wika.

– Spokojnie, dziewczyny – Magda starała się opanować strach – mój ojciec powtarza w takich sytuacjach, że jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było – spróbowała zażartować. Tymczasem na dworze burza szalała. Grzmoty przeplatały się z piorunami, śnieg ustąpił deszczowi, a przy tym wydawało się, że nie ma chmur, bo zorza wciąż była widoczna.

– Wiem! – odezwała się Hania – brat mi opowiadał, że coś właśnie takiego może nastąpić. Podsunął mi artykuł w „Wiedzy i Życiu” i kazał przeczytać.

– Co? Burza? No to rzeczywiście prorok dyplomowany – zaśmiała się Oliwia.

– Burza bez chmur to tylko konsekwencja innego wydarzenia – Hania zaczęła tonem wykładowcy. – Na Słońcu co pewien czas mają miejsce wybuchy plazmy. Zwykle są niewielkie i nieszkodliwe, bo Ziemia ma pole magnetyczne, które nas przed nimi chroni. Jednak raz na kilkaset lat zdarza się wybuch znacznie większy niż normalnie. Ostatni taki miał miejsce jeszcze w XIX wieku i miał wpływ tylko na pogodę, bo nie było jeszcze prądu i elektroniki. Burze szalały przez kilka tygodni i to na całym świecie. Plazma słoneczna dociera wtedy na Ziemię, powietrze staje się pełne elektryczności, stąd ta burza i zorza jednocześnie. Dlatego też psują się wszystkie odbiorniki. Dlatego nie ma światła i dlatego zepsuły się nam telefony. Jestem pewna, że gdyby można było to sprawdzić, to padły też i telewizory i lodówki i wszystko inne. Jedna poczciwa latarka Agaty się oparła kataklizmowi.

– Interesujące – powiedziała pani Ziętek – myślisz, ze to dotyczy całego świata? W sensie całej kuli ziemskiej?

– No tak.

– A długo to potrwa? – spytała Wiktoria.

– Obawiam się, że tak – odpowiedziała Hania – dwieście lat temu burze trwały tygodniami.

– A dzień nastanie? – zaniepokoiła się Julka.

– Przecież dzień i noc zależą od obrotów Ziemi – zaśmiała się Hania – gdzieś w Chinach w tej chwili nie ma prądu jak u nas, szaleje burza, świeci zorza, ale jest już widno. Zresztą u nas też dzięki błyskawicom na nadmiar ciemności, zwłaszcza na dworze, narzekać nie można.

– Myślicie, że długo to potrwa? Ten brak prądu, neta i ta straszna burza? – spytała zatroskana Magda.

– Miejmy nadzieję, że nie – odezwała się pani Jola – brak prądu przez dłuższy czas oznacza tragedię, przynajmniej w cywilizowanej części świata. Nie działa aparatura medyczna, więc w szpitalach umierają ludzie, nie działają chłodnie, więc szybko psuje się jedzenie, w tym także nasze jabłka w przechowalniach, a to oznacza głód. Nie pracują fabryki, urzędy, szkoły, transport, bo nie działają maszyny, komputery i stacje benzynowe. Miejmy nadzieję, że odpowiednie służby szybko sobie z tym poradzą.

– To straszne – niemal przez łzy stwierdziła Julka – prawdziwa tragedia.

– Nie ma co się załamywać – spróbowała pocieszać ją Magda – w historii zdarzały się już różne tragedie i jakoś ludzkość je przetrwała.

– Mam pomysł – ożywiła się Oliwka – zamiast tak siedzieć i biadolić, wykorzystajmy tę sytuację. Każda z nas na pewno zna jakąś straszną historię z naszej okolicy, poopowiadajmy je sobie i w ten sposób czas nam szybciej minie.

– Świetnie – ucieszyła się Madzia – i tak nie uśniemy, a jutro i tak szkoły na pewno nie będzie. Kto zaczyna?

– Może ja – wyrwała się Wiktoria, jednocześnie wygodnie siadając na łóżku. – Historia, o której opowiadał mi kiedyś dziadek, zdarzyła się dawno temu pod Rawą. W jednej z wiosek żył sobie karczmarz ze swoją rodziną. A wtedy karczma była nie tylko restauracją, ale też i hotelem. W burzę, niemal tak straszną jak dzisiejsza, do gospody podjechał powóz. Bogato ubrany podróżny zawołał karczmarza i poprosił o nocleg dla niego i dla całej rodziny, z którą podróżował, a była to żona i troje dzieci oraz woźnica. Karczmarz ugościł podróżnych, a w trakcie rozmowy dowiedział się, że pochodzą spod Warszawy, właśnie sprzedali cały majątek i są w drodze do Czech, bo są kalwinami i tu w Polsce już nie są tak mile traktowani jak dawniej. Po wieczerzy wszyscy ułożyli się do snu, tylko karczmarz nie mógł usnąć. Obudził żonę i zaczęli rozmawiać o gościach: „Skoro sprzedali cały majątek i opuszczają Polskę, to z pewnością mają przy sobie dużo pieniędzy” – zastanawiali się oboje. „A my pracujemy ciężko całe życie, a tacy biedni jesteśmy”, chociaż oczywiście nie byli wcale ubodzy. „Bo to kalwiny, Matki Bożej nie kochają, dzieci nie chrzczą i w ogóle udają, że w Boga wierzą”. I tak słowo do słowa, uradzili, że zabiją bogatych wędrowców. Karczmarz z żoną wzięli wielki nóż i siekierę i jak postanowili, tak zrobili. Przeszukali bagaże i rzeczywiście znaleźli całkiem dużo złota. Jeszcze przed świtem, oberżysta wykopał duży dół i zakopał ciała zamordowanej rodziny i zakrwawione pościele i ubrania. Po kilku dniach jednak zaczęło go dręczyć sumienie. Postanowił wreszcie, że wszystko wyzna księdzu na spowiedzi. Poszedł do kościoła, poprosił plebana o spowiedź i przyznał się do swego czynu. Proboszcz długo się zastanawiał, jaką pokutę zadać mordercy i w końcu powiedział: „Zbrodnia to okrutna i wielkiej wymaga ofiary i pokuty odpowiedniej. Winieneś oddać wszystko co zyskałeś tym niecnym czynem na ubogich, ale że to kalwin był i kalwińska rodzina, tedy na miejscu mogiły postawisz kapliczkę ku czci Matki Przenajświętszej, tak przez owych kalwinów dręczonej, połowę pozostałych pieniędzy ofiarujesz na kościół nasz parafialny, bo remontu potrzebuje, a resztę rozdasz ubogim”. Karczmarz pomyślał chwilę, a że głowę miał nie od parady, odrzekł: „Ależ czcigodny pasterzu, jak wybuduję kapliczkę i połowę oddam na kościół, to już wtedy sam będę ubogi i moja rodzina. To wtedy pozwól, że daruje te pieniądze sobie”. Ksiądz sam równie był chciwy jak karczmarz, więc doskonale go rozumiał i przystał na takie rozwiązanie. Kapliczka stoi do dnia dzisiejszego na kościach wędrowców, karczmarz nie ukoił swego sumienia i popadł w szaleństwo, a ksiądz zmarł w konfesjonale niedługo po tym wydarzeniu.

– Strasznie ciekawa historia – podsumowała pani Ziętek – słyszałam kiedyś podobną, tylko tamta wydarzyła się pod Białą i chyba nie chodziło o kalwinów, bo Rzeczpospolita była przecież bardzo tolerancyjnym krajem. Brawo Wika! Kto następny?

– Ja znam opowieść o Białej Rawskiej – zgłosiła się Hania. – Moja historia wydarzyła się naprawdę w 1710 roku, czytałam o niej w książce. W miasteczku zaginęła dziewczynka. Nikt nie wiedział, co się z nią stało. Na jarmarki do Białej przyjeżdżali między innymi Żydzi. Ktoś rozpuścił wiadomość, że to oni uprowadzili dziecko, bo przecież, żeby przygotować macę na Paschę, do mąki i wody trzeba dodać krwi niewinnego chrześcijanina. Oczywiście to była nieprawda, ale kiedyś rzeczywiście wierzono, że tak robią żydzi. Ludzie już byli przekonani, trzeba było tylko znaleźć sprawcę. Złapano niejakiego Zelka Zelmanowicza, jednak ten nie chciał się przyznać do mordu, którego nie popełnił. Wobec tego namówiono za wynagrodzeniem przybłędę, zwanego Palutyk Hultaj, by zeznał, że to on sprzedał Żydowi dziewczynkę za 12 groszy. Ten tak właśnie zeznał przed sądem. Zelko został skazany na śmierć przez poćwiartowanie, ale i Palutyk nie zdążył ucieszyć się zapłatą, bo ten sam sąd kazał go powiesić.

– Ciemnota ludzka nie zna granic – podsumowała Oliwia. – Moja opowieść zaczyna się 200 lat temu w Parolicach koło Cielądza. Chłopi uprawiający pole dziedzica wyciągnęli z ziemi niespotykaną kość. Była gruba jak noga człowieka i tak samo długa. Zastanawiali się kilka dni, skąd w Parolicach taka kość. Ani człowiek, ani krowa, ani nawet słoń takich kości nie mają. Co prawda, niewielu Paroliczan słonia widziało w życiu, ale z pewnością właścicielem kości musiał być olbrzym. Bo przecież olbrzymy występują w ludowych bajkach i opowieściach, a że nie ma ich w życiu? To proste, bo wszyscy już umarli i tylko kości leżą w ziemi. No i jaka to nobilitacja dla Parolic – mieć własnego olbrzyma, jakiego nie mają ani Sadkowice, ani Cielądz, ani nawet Rawa. Wieść o znalezisku dotarła do proboszcza parafii w Sierzchowach, który stwierdził, że olbrzym czy nie olbrzym, miejsce kości jest w kościele. Kość zawisła nad wejściem do świątyni i będzie tam wisiała do końca świata, bo jak mówi legenda, gdy kość się rozpadnie, taki koniec nastąpi. A, dla jasności, ostatnim użytkownikiem kości okazał się nie olbrzym, tylko mamut.

– Naprawdę wisi ta kostka w kościele? – dopytywała się Julka – naprawdę? To trochę tak, jakby w kościele pochowano zwierzę, a chyba tego się nie robi.

– Oj tam, oj tam – mamut też człowiek – zaśmiała się Madzia. Teraz moja opowieść. W rawskim zamku zasiadał okrutny książę Siemowit. Miał piękną żonę Ludmiłę. Władca Mazowsza, jak na księcia przystało, często bywał w delegacji służbowej, a to wojował, a to politykował, a to sądził, a to objeżdżał swoje włości, więcej go nie było w domu niż bywał. Gdy wrócił z kolejnej podróży okazało się, że w zamku czeka go nie tylko Ludmiła, ale i mały Henio. Siemowit nie był zbyt dobry z matematyki i dał się przekonać jednemu ze swoich rycerzy (którego zaloty niegdyś odrzuciła Ludmiła), że ciągle płaczące niemowlę nie może być książęcym dzieckiem i najwidoczniej Ludmiła nie haftowała chusteczek w oczekiwaniu na strudzonego małżonka. Władca nie tylko okrutny był, ale i porywczy, więc długo się nie zastanawiając zamurował małżonkę w wieży zamkowej, pozwalając jej łaskawie na głodową śmierć, a dziecię nieprawnie poczęte, oddał na wychowanie jakiejś kobiecie spod Rawy. Jak widać, do cech Siemowita można spokojnie dodać wielką łaskawość – przecież mógł kazać zabić. Rodzina księcia nie wierzyła w niewierność Ludmiły, ale Siemowit nie dał się przekonać Jedyne co mogli zrobić, to odebrać dziecko od mamki i odesłać na dwór innego piastowskiego księcia. Po kilkunastu latach, na jednej z rodzinnych imprez pojawił się zarówno Siemowit, jak i młody Henryk. Wystarczył jeden rzut książęcego oka, by przekonać się, jak wielki błąd popełnił władca. Obaj byli podobni do siebie jak dwie krople wody. Ludmile nikt już życia nie wrócił. Chociaż… – Magda zawiesiła na chwilę głos – jej losy stały się inspiracją dla Szekspira, który opisał tę historię w „Opowieści zimowej”. Trochę poprzekręcał imiona i miejsca, ale w ten sposób zapewnił księżniczce swego rodzaju nieśmiertelność.

– Fajna historia – podsumowała Agata – taka filmowa.

– Myślę, ze Ludmiła nie byłaby równie entuzjastyczna – zażartowała Magda. – Kto następny?

– Ja mam trochę inną historię – odezwała się Julka – tajemniczą.

– Opowiadaj, już nie mogę się doczekać – ożywiła się Wiktoria.

– Moja opowieść rozegrała się w czasach Napoleona Bonaparte. Polska była wówczas pod rozbiorami i wielu Polaków walczyło o wolność ojczyzny przy boku Francuzów. Jednym z nich był pochodzący z naszych stron młody żołnierz, Telesfor Kostanecki – rozpoczęła Julia.

– Hahaha – zaśmiała się Magda – rodzice widać nie kochali go od samego początku dając takie imię.

– Dziś wydaje się oryginalne – zaoponowała pani Ziętek – za dwieście lat pewnie i niektóre z waszych imion będą uchodziły za zabawne.

– Telesfor – kontynuowała swoją opowieść Julia – wojował i w powstaniu Kościuszki, i w ziemi włoskiej z Dąbrowskim, aż los żołnierski rzucił go do Hiszpanii, którą chciał podbić Napoleon. Wojna tam była okrutna i inna niż wszystkie, bo cały naród hiszpański bronił się dzielnie przed Francuzami. Polacy często walczyli z miejscowymi partyzantami, którzy doskonale znali teren i stosowali zasadzki. Pewnej nocy, matka naszego żołnierza, Elżbieta, usnęła w swoim domu w Goślinach, rozmyślając o niebezpiecznym życiu swojego ukochanego syna. Przyśniło się jej, że Telesfor utrudzony śpi pod drzewem z plecakiem pod głową, obok niego leży karabin z bagnetem, dogasa ognisko. Nagle zauważyła, jak od tyłu skrada się Hiszpan i za chwilę zada śmiertelny cios polskiemu legioniście. Krzyknęła przez sen przeraźliwe, obudziła tym krzykiem cały dom, wybuchnęła płaczem i długo w noc nie mogła się uspokoić. Zapamiętała ten wieczór dokładnie, było to 29 czerwca, w dzień imienin jej drugiego syna Pawła. Wiedziała, że to tylko sen, a jednak była pełna niepokoju o Telesfora i każdego dnia wyglądała jakiejkolwiek wieści od niego. Gdy wreszcie żołnierz powrócił po hiszpańskiej wojnie do domu, opowieściom o przygodach nie było końca. Elżbieta opowiedziała też o śnie, który ją kilka miesięcy temu tak wystraszył. Pułkownik Kostanecki, bo takiego stopnia dosłużył się na wojnach, słuchając opowieści matki zbladł. „Mamo, a kiedy to było? Kiedy miałaś ten sen?” – zapytał. „Pamiętam ten dzień doskonale, bo było to w imieniny twojego brata” – odparła. „Opowiem ci coś matko. Tego dnia rozpoczęliśmy oblężenie Saragossy, a mój oddział osłaniał tyły armii francuskiej. Wszyscy byliśmy umęczeni po długim marszu i jak tylko rozstawiliśmy obóz, ustawiłem straże i strudzony zasnąłem pod drzewem. Nagle, gdy spałem najgłębszym snem, jakim może spać żołnierz, obudził mnie twój matko krzyk. Otwarłem szeroko oczy i ujrzałem nad sobą śniadą hiszpańską twarz i błysk noża, którym chciał mnie ugodzić nieprzyjaciel. Cudem uniknąłem ciosu, porwałem w dłoń karabin i przekłułem go bagnetem. Długo nie mogłem zrozumieć, skąd twój głos tysiące mil ode mnie. Myślałem, że po prostu mi się przyśnił, ale skoro ty miałaś w swoim śnie taką wizję, to znaczy, że Bóg otoczył mnie twoją matczyną opieką”. Matka i syn rzucili się po raz kolejny w ramiona i razem płakali ze szczęścia i szczęśliwego powrotu żołnierza tułacza.

– Piękna opowieść – podsumowała wychowawczyni.

– Jak myślicie? Jak to możliwe, żeby można było usłyszeć krzyk na taką odległość? – zapytała Hania – przecież takie coś nie miało prawa się wydarzyć.

– To się nazywa telepatia – wytłumaczyła Agata.

– To się nazywa matczyna miłość – górnolotnie dodała pani Jola.

Agatka, na którą przypadła kolejka na opowiadanie, podeszła do okna i powiedziała z radością:

– A ja mam dla was jeszcze piękniejszą opowieść! Zagadałyśmy się i nawet nie zauważyłyśmy, że burza ucichła. I wiecie co? Nie będzie światowego kataklizmu! Na ulicy już świecą się lampy.

Madzia i Julka podbiegły do kontaktu.

– Hurra! – chórem krzyknęły wszystkie dziewczynki – mamy światło, jesteśmy uratowane.

SPRAWDŹ GDZIE MOŻESZ KUPIĆ KSIĄŻKĘ Z TYM I KILKUNASTOMA INNYMI OPOWIADANIAMI O RAWIE I ZIEMI RAWSKIEJ>>>

*Tytuł został nadany przez redakcję.

**Konkurs na najlepsze opowiadanie o Rawie i Ziemi Rawskiej odbył się pod honorowym patronatem Piotra Irli – Burmistrza Rawy Mazowieckiej i Józefa Matysiaka – Starosty Powiatu Rawskiego.

Podziel się

About the author