Ostatni list z Drohobycza

Moim ideałem politycznym jest demokracja. Chciałbym, żeby każdy człowiek był szanowany jako jednostka i żeby nikogo nie wynoszono na piedestał.

(Albert Einstein)

Tak się złożyło, że swój ostatni felieton pisany z Drohobycza tworzę na kilka dni przed 4 czerwca a w tym roku obchodzić będziemy okrągłą – 30. rocznicę pierwszych, częściowo wolnych wyborów parlamentarnych. Różnie oceniane są zarówno same wybory jak i okrągłostołowy proces, który do nich doprowadził. Jedni mówią, że to zdradziecki układ, że dogadali się esbecy ze swoim agentami, że nic się nie zmieniło, że PRL trwa w najlepsze itd. Inni powiedzą, że to najważniejsze wydarzenie w historii Polski, że pierwszy raz Polacy potrafili się porozumieć, że upadek komunizmu odbył się bez przelewu krwi itd. Historycznie prawda leży pewnie gdzieś pośrodku i dobrze byłoby, aby właśnie historycy zajęli się analizowaniem i opisywaniem tamtych czasów.

Każdy z nas natomiast – z tych co pamiętają oczywiście – może sam ocenić, czy jesteśmy w lepszym momencie niż trzydzieści lat temu czy nie. Popatrzmy wokół siebie i odpowiedzmy sobie na pytanie, czy nasze otoczenie się zmieniło i w jaki sposób.

Ja osobiście mam możliwość porównywania sytuacji w Polsce, w Rawie Mazowieckiej z sytuacją w krajach, w których spędziłem ostatnie 4 lata (Kazachstan i Ukraina). Jak wypada to porównanie? Pozwólcie, że zadam kilka pytań?

Czy wolicie żyć w kraju, w którym od 28 lat rządzi jeden człowiek i jedna partia, czy jednak cenicie sobie możliwość wyborczej weryfikacji rządzących co kilka lat. Czy wolelibyście mieszkać w kraju, w którym tzw. służby kontrolują wciąż prawie każdą dziedzinę życia, w którym obcokrajowiec ma przydzielanych „opiekunów”, w którym najważniejszym świętem państwowym jest Dzień Pierwszego Prezydenta a żarty na jego temat mogą skończyć się więzieniem? Tak właśnie jest w Kazachstanie, z którego zresztą potomkowie naszych rodaków wciąż nie mogą wrócić do kraju na jakichś sensownych zasadach. A może jednak cenicie sobie Państwo wolność słowa, możliwość swobodnego podróżowania czy członkostwo w Unii Europejskiej i w NATO?

Czy chcielibyście, aby co kilka lat wybuchały na placach największych miast swoiste rewolucje (pomarańczowa, godności itp), aby władza, która nie chce odejść strzelała do swoich przeciwników? Może jednak doceniacie, że mamy możliwość swobodnie głosić najrozmaitsze, czasami nawet bezsensowne poglądy i iść z nimi do wyborów? Baa, czasami nawet te wybory wygrać i objąć rządy – w mieście, w powiecie, w województwie, w kraju.

Ukraina jest krajem nieodległym, który 30 lat temu znajdował się na bardzo podobnym poziomie rozwoju gospodarczego jak Polska. Tylko tutaj coś się nie udało. Tutaj ciągle o tym, czy w jakimś mieście zbudować drogę, postawić kilka lamp, decyduje władza w Kijowie. Wyobrażacie sobie, że o remoncie ulicy Polnej w Rawie Mazowieckiej miałby decydować urzędnik w Warszawie? Że w każdym powiatowym mieście wciąż znajdowałaby się ekspozytura Służby Bezpieczeństwa, jakkolwiek by się ona nazywała? Tutaj tak jest. Tu (na Ukrainie) nauczyciel zarabia 800 złotych a urzędnik 900, że emerytura oscyluje w granicach 500 złotych. Między blokami na osiedlach mieszkaniowych ludzie uprawiają ziemniaki i inne warzywa i to wcale nie z zamiłowania do ogrodnictwa. Za każdą wizytę u lekarza trzeba zapłacić, podobnie za egzamin na studiach (nominalnie państwowych). Wszechobecna korupcja jest tutaj czynnikiem tłumiącym wszystkie próby uzdrawiania państwa. Łapówka w postaci zegarka ministra Nowaka jest tutaj nic nieznaczącym zjawiskiem a prezydent (już były) prowadzi interesy z krajem, z którym toczy wojnę.

Narzekamy, że około 2 milionów Polaków wyjechało „za chlebem”. Tak, tylko część z nich wraca, a wyjechali do Unii Europejskiej jako jej pełnoprawni obywatele. A co powiedzieć o kraju, z którego wyjechało ponad 7 milionów obywateli, dla których Polska jest krajem gospodarczego „cudu”.
Mógłbym jeszcze długo wyliczać niedostatki życia w Ukrainie i udowadniać, że w Polsce jest lepiej. Niektórzy powiedzą oczywiście, że Ukraińcy są sami sobie winni. Być może częściowo tak, ale wojny na wschodzie swojego kraju to oni jednak nie rozpoczęli. Stali się obiektem zwyczajnej agresji. Tak, tam trwa wojna – bardzo blisko nas.

Spierajmy się o historię, zastanawiajmy, czy czegoś nie można było zrobić lepiej, mądrzej, z większym pożytkiem dla obywateli, ale pozwólmy sobie przyznać, że 4 czerwca 1989 roku coś dobrego się jednak w naszym kraju rozpoczęło. Nawet jeżeli komuniści mieli swoje plany, to rzeczywistość je na pewno zweryfikowała i na pewno nie wygląda tak, jak oni sobie umyślili.

4 czerwca to powinno być święto demokracji, nawet jeżeli na początku częściowej a dzisiaj, jak niektórzy twierdzą, wciąż trochę ułomnej. Pamiętać warto, że już niecały rok później wybieraliśmy w uczciwych wyborach władze naszego miasta. Te samorządowe wybory też nie byłyby możliwe bez 4 czerwca 1989 roku, a możliwość swobodnego wyboru włodarzy „małej ojczyzny” jest istotą demokracji. Nikt nie przywozi nam burmistrza „w teczce”, sami go sobie wybieramy na cztery, pięć lat, czasami na dłużej, ale robimy to naprawdę sami.

Dlatego bardzo chętnie wrócę do Rawy Mazowieckiej i będę ten dzień świętował a później dalej będę próbował, na naszym rawskim podwórku, tę demokrację budować i wzmacniać.

Wojciech Kubicki

Drohobycz 26 maja 2019