Wspomnienia styczniowe

Fenomen wspomnień, tego, co i dlaczego pamiętamy oraz wiarygodności obrazów, jakie nosimy w pamięci, stał się tematem rozmowy przy stole w domu moich rodziców podczas świąt Bożego Narodzenia. Zdaje się, że doszliśmy do wniosku, że nie ma sposobu, by zweryfikować prawdziwość wielu zdarzeń, które wywołaliśmy z pamięci, zwłaszcza tych, które zapamiętaliśmy (lub tak nam się wydaje) z dzieciństwa. Ten wątek rodzinnej rozmowy przypomniałem sobie czytając w noworocznym z kolei wydaniu tygodnika „Newsweek” wywiad z Michaelem Chabonem, uznawanym obecnie za jednego z najlepszych pisarzy amerykańskich. Pretekstem do rozmowy była świeżo wydana w Polsce powieść „Poświata”, którą autor opisał w owym wywiadzie jako „fałszywe wspomnienia o moim fałszywym dziadku”. Pomysł na nią zrodził się z poczucia, że nie jest w stanie, mimo rozpytania szeregu członków rodziny, ustalić pewnych faktów związanych z bratem dziadka. Pisarz ten nie stroni od fantastyki i jest zresztą zdobywcą najważniejszych nagród w tej dziedzinie – Hugo i Nebula. Wskazuje, że w fikcji „jedynym środkiem dotarcia do prawdy jest kłamstwo i opowiedzenie go”. Nie ukrywa, że wkurza go moda na wspomnienia, o których twierdzi, iż „dają złudzenie prawdy, ale tylko złudzenie”. Odwołując się do własnych doświadczeń, nie daje wiary wspomnieniom. Konstatuje: „We współczesnej literaturze wspomnienia stały się wzorcem tego, jak opowiedzieć prawdę. Ale niemal zawsze końcowy rezultat ma wątły związek z prawdą. Dobre intencje autora nie mają tu znaczenia.”

Cytuję te opinie w poczuciu pewnego zmieszania, jako że chciałem przedstawić Czytelnikom garść wspomnień, nie moich bynajmniej. Przy tym takich, które nie są szeroko znane, a dotyczą – jakże by inaczej – historii lokalnej. Moje zmieszanie wynika z kolei z poczucia, że ja sam, jak i Czytelnicy, zostaniemy pozostawieni ze świadomością, że nie mamy precyzyjnych narzędzi do weryfikacji prawdziwość tych wspomnień. Niewątpliwie, nie należy przekreślać ich wartości jako źródeł do poznania historii, ale też należy mieć na uwadze, że obowiązkiem historyka jest zderzanie ze sobą różnych źródeł, by ustalić najbardziej wiarygodny przebieg zdarzeń. Tęsknię do żywo opowiedzianej historii Rawy i jej okolic, w szczególności minionego wieku, czego chyba nie da się zrobić bez odwołania do różnych wspomnień, pamiętników i podobnych źródeł. Jako że wciąż niewielu jest chętnych do podejmowania takich opowieści, uznając częściowo trafność spostrzeżeń Michaela Chabona, postanowiłem jednak podzielić się z Czytelnikami wyłuskanymi tu i ówdzie fragmentami wspomnień. Wszystkie dotyczą stycznia 1945 r.

Nieraz wspominałem już o tym, że okoliczności wkroczenia oddziałów Armii Czerwonej na Ziemię Rawską opisane są bardzo skąpo, dlatego te przywoływane wspomnienia uważam za warte odnotowania. Przytoczę je w kolejności, w jakiej przykuły moją uwagę. Pierwsze z nich mają za autora postać znamienną. Amazasp Babadżanian był z pochodzenia Ormianinem. Urodził się w 1906 r. na terenie dzisiejszego zachodniego Azerbejdżanu, zmarł w 1977 r. w Moskwie. Zawodowy żołnierz, Gieroj Sowietskogo Sojuza, służbę w Armii Czerwonej pełnił od 1925 r. Karierę zawodową ukończył jako główny marszałek wojsk pancernych ZSRS (mianowany na to stanowisko w 1975 r.). W styczniu 1945 r. nie był jeszcze nawet generałem, w stopniu pułkownika dowodził 11 Gwardyjskim Korpusem Pancernym. Jego wspomnienia zatytułowane „Drogi zwycięstwa” ukazały się w Moskwie w 1972 r. W Polsce zostały wydane pięć lat później, w roku śmierci marszałka Babadżaniana, nakładem Wydawnictwa MON. W polskim tłumaczeniu natknąłem się na fragment: „40 i 45 brygada pancerna szły w kierunku Rawy Mazowieckiej. Gruntowymi drogami posuwała się do tego miasteczka grupa operacyjna sztabu korpusu, której towarzyszyło kilka transporterów opancerzonych i jeden czołg. Na skraju niedużego lasku grupa niespodziewanie natknęła się na maszerującą kolumnę nieprzyjacielskiej piechoty. Czołowy transporter opancerzony wypuścił w powietrze kilka serii z karabinów maszynowych, co okazało się zupełnie wystarczające, by cała kolumna – około 900 żołnierzy – rzuciła broń i podniosła ręce do góry. „Hitler kaputt!” – powtarzali oddający się do niewoli żołnierze. Do mnie podszedł ich oficer, zameldował swój wojskowy przydział i prosił o litość dla jeńców. Trzeba było pod konwojem odprowadzić ich do punktu zbornego jeńców, lecz do tego nie miałem żołnierzy. Co robić? Rozkazuję niemieckiemu oficerowi, by sam zaprowadził kolumnę”. Tak to łatwo i przyjemnie, i po rycersku pancerniacy Babadżaniana – według jego wspomnień, wypędzali Niemców z Ziemi Rawskiej.

Wspomnieniom sowieckiego oficera o łaskawym traktowaniu wrogów przeczy to co zapamiętali inni. Oto w wydanej w 2017 r. przez wydawnictwo ROSTER Robert Stępowski książeczce Danuty Dębskiej „Stanisław Wojciechowski, skrzypek z rawskiego” znalazłem wspomnienie z tego samego okresu, który piętnastoletni wówczas Wojciechowski spędzał w Regnowie. Wspominał, że okres okupacji minął tam spokojnie, „walki były dopiero w wyzwolenie”. Wyglądały w jego opisie znacznie bardziej dramatycznie niż w „Drogach zwycięstwa”: „Ruskie dwa czołgi przejechały już wcześniej, o godzinie 1.00 w nocy i stanęły za mostkiem w Komorowie. Zamaskowali się w płaczących wierzbach, których rosło tam wiele i czekali. Gdy kolumna niemiecka minęła ostatnią chałupę we wsi, to Rosjanie dali z czołgów ognia. Niemcy nic się nie bronili, a przecież jechał tam samochód pancerny z amunicją. Wszystko się paliło i wybuchało. Niemcy rzucili się do ucieczki w lasek, ale Rosjanie wybili wszystkich. Trupy leżały długo, aż zrobiło się ciepło. Potem dopiero chłopy na furmankach zwozili ciała i zakopywali w mogile przy lesie. W sumie zabito ponad 150 Niemców”.

Jak rozstrzygnąć, czyje wspomnienia są bliższe prawdy, bohatera Związku Sowieckiego, czy rawskiego skrzypka? Niespodziewanie w rozwiązaniu tego dylematu przyszło mi z pomocą… Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej. Przed kilkoma laty utworzyło ono internetowe repozytorium dokumentów archiwalnych dotyczących Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (jak nazywają Rosjanie część II wojny światowej rozpoczętą atakiem Niemiec na ZSRS w czerwcu 1941 r.). Z zasobów owego repozytorium, któremu nadano nazwę „Pamięć Narodu”, pozyskałem jakiś czas temu dokument, który wprost odnosi się do zdarzeń, które miały miejsce w okolicach Regnowa. Są to wspomnienia niejakiego P. Paniczkina zatytułowane „Wspomnienia o boju pod Regnowem (Polska). Styczeń 1945 r.”. Istotne jest, że te wspomnienia spisane zostały w ciągu nie więcej niż kilkunastu miesięcy od opisanych zdarzeń, bowiem już w grudniu 1946 r. zostały pozyskane do celów studyjnych przez Oddział Operacyjny 28.

Gwardyjskiego Korpusu Strzeleckiego Armii Czerwonej. Paniczkin, który dowodził plutonem, na który składały się załogi dwóch czołgów, dokładnie opisał w swych wspomnieniach moment rozpoczęcia ataku na niemiecką kolumnę: „Po polu były rozrzucone sterty słomy. Mechanik-kierowca starszy sierżant Ziekin wysunął się z włazu i pokazał ręką w kierunku dwóch stert, gdzie poruszały się trzy kolumny piechoty. Było oczywiste, że to Niemcy. […] Mechanik-kierowca jak zwykle zrozumiał ruch mojej ręki i od razu skierował swój czołg na poruszające się kolumny, drugi czołg zrobił ponownie. Mechanicy-kierowcy zwiększyli szybkość i nie zdążyłem się zastanowić co powinienem zrobić, gdy mój czołg wbił się w pierwszą kolumnę, fizylierzy prowadzili ogień […] Zaczęły pracować karabiny maszynowe czołgu. To wszystko nastąpiło w mgnieniu oka. Drugi czołg naciskał już na druga kolumnę piechoty przeciwnika. Niemcy w panice rozbiegli się w różne strony, ale groźne maszyny ścigały ich, dławiły jak ogromny but szkodliwe owady. Znowu czołgi naciskały, zganiały Niemców do stert słomy i całym swoim ciężarem wgniatali w ziemię razem ze słomą – tutaj oni sobie znaleźli mogiłę”. W dalszym ciągu opowieści Paniczkin wspomina, że część Niemców wzięto jednak do niewoli, po czym wszystkich jeńców… rozstrzelano.

Może różnię się w opinii z Czytelnikami, ale nie mam wątpliwości, że te ostatnie wspomnienia są bliższe prawdy, niż obraz odmalowany przez marszałka Babadżaniana. Ostatnie zdanie: dziękuję Mamie za pomoc w tłumaczeniu „Wspomnień o boju pod Regnowem”.

Artur Gut

PRZECZYTAJ: Poczet zasłużonych rawian stulecia>>>