Artur Gut: Jak to z narodzinami było i co po nich nastąpiło
Przed nami Boże Narodzenie – święta, w czasie których prawda o ludzkiej naturze Jezusa najbardziej do nas przemawia. Kwilenie dzieciątka, troska rodziców o nie, kołysanki, to w końcu sceny, które znamy z własnych rodzin.
A jeszcze towarzyszy nam zwykle współczucie, że Jezus przyszedł na świat w tak niesprzyjających okolicznościach, z dala od miejsca zamieszkania rodziców, w drodze niemal, pozbawiony – jak i Jego matka – odpowiednich warunków higienicznych, czy podstawowych wygód. Kto wie, może dzięki temu uzmysławiamy sobie lepiej, że nasze życie nie jest takie złe i że aż dziw bierze, że Bóg dopuścił, aby Jego syn rodził się w tak deprymujących warunkach. Po okresie Bożego Narodzenia z reguły mniej jesteśmy skorzy do czułostkowości wobec Jezusa, a dogmat przyjęty przez sobór w Chalcedonie (nad Bosforem, w dzisiejszej Turcji) w 451 r. o podwójnej naturze Jezusa – ludzkiej i boskiej – staje się dla nas zagadnieniem mniej interesującym. Może nawet bliżej nam w innych porach roku do doketystów, którzy uważali, że Jezus wcale człowiekiem nie był, że tylko sprawiał tego pozór. Takie przekonania jednak Kościół na pierwszym soborze nicejskim (w 325 r. – 1700 lat temu!) uznał za herezję.
Tym niemniej tym z nas, którzy częściej lub rzadziej, ale mają okazję czytać lub słuchać tekstów Ewangelii, zdawać się może, iż o ziemskim życiu Jezusa wiemy całkiem sporo. Tymczasem na kartach Biblii przemilczano 18 lat Jego życia, czyli ponad połowę! Nic dziwnego, że na różne sposoby próbowano opowiedzieć biografię Jezusa z jego lat młodzieńczych – od trzynastego do trzydziestego roku życia. Przykładowo, na przełomie XIX i XX w. pewną popularność zyskała książka rosyjskiego dziennikarza Mikołaja Notowicza „Nieznane życie Jezusa” (wydana w 1894 r.), w której autor obwieszczał, iż w tybetańskim klasztorze Hemis (istnieje do dziś, a jeśli ktoś czytał powieść Alfreda Szklarskiego „Tomek na tropach yeti”, to ta nazwa nie powinna mu być obca), natknął się na rękopis zatytułowany „Żywot świętego Issy – najlepszego z synów ludzkich”, który miał zaświadczać, że Jezus w młodości przebywał w Indiach, gdzie studiował nauki hinduizmu i buddyzmu.
Jeśli miałbym polecić Czytelnikom jakąś zwięzłą lekturę o dzieciństwie i młodości Jezusa w języku polskim, to byłby to artykuł prof. Kaliny Wojciechowskiej (zaangażowanej w ruch ekumeniczny luterańskiej teolożki i biblistki) opublikowany przed trzema laty w listopadowym numerze miesięcznika ZNAK. Pokazuje on ile ciekawych wniosków można wyciągnąć z zapisów ewangelicznych, jeśli posiada się pewną wiedzę o ówczesnych realiach Palestyny i korzysta się ze źródeł pozakanonicznych. Wskazuje na przykład, że nie sposób wykluczyć, iż historyczny Jezus mógł być na kilka lat przed rozpoczęciem swego nauczania przez krótki czas żonaty. Zważywszy na wysoką śmiertelność kobiet palestyńskich w tamtym czasie – umierały w czasie porodów lub w czasie połogu – mogło to być małżeństwo krótkotrwałe i bezdzietne. To dużo bardziej trzymająca się faktów teoria, niż Jego rzekomy związek z Marią Magdaleną, pokazany w obrazoburczym dla wielu filmie Martina Scorsese „Ostatnie kuszenie Chrystusa”.
Zasadniczo z opowiadaniem o życiu Jezusa, w szczególności o tych latach, o których milczą zapisy biblijne, problem jest taki, że niewiele wiemy o rzeczywistości Palestyny i kulturze judaizmu w I wieku. My – zwykli zjadacze chleba. Ale też nie tylko my. Dowcipnie pisze o tym prof. Amy-Jill Levine, amerykańska Żydówka, która na zaproszenie papieża Franciszka w 2019 r. rozpoczęła wykładać Nowy Testament w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie. W książce „The Misunderstood Jew. The Church and The Scandal of The Jewish Jesus” („Niezrozumiany Żyd. Kościół i skandal żydowskiego Jezusa”, wciąż niedostępna w języku polskim) wskazuje na fakt, że seminarzyści, czy studenci uniwersyteckich wydziałów teologicznych nie mają okazji zapoznać się z wiedzą o Palestynie czasów Jezusa. Judaizm znają właściwie tylko z wykładów o Starym Testamencie. Levine zauważa celnie, że wyobrażanie sobie życia społecznego i religijnego Żydów w Judei i Galilei za życia Jezusa na podstawie biblijnych historii z czasów patriarchów i królów ma ten sam sens co uznanie, że na podstawie listu św. Pawła do Galatów można sobie wyrobić zdanie o życiu wspólnot prezbiteriańskich w dzisiejszej Ameryce. Zwraca także uwagę, iż nawet jeśli w podręcznikach studenci i klerycy znajdują informacje o ugrupowaniach religijnych w Palestynie czasów Jezusa – faryzeuszach, saduceuszach, esseńczykach i zelotach – to nie jest to wiedza o całym społeczeństwie i obecnych w nim przekonaniach i praktykach kulturowych. Tak jak zapoznanie się z kilkoma informacjami o skautach, masonach i Rycerzach Kolumba nie pozwala na twierdzenie, że zna się współczesne społeczeństwo amerykańskie.
Dobrze jest zdawać sobie sprawę, że cała Biblia jest dziełem literackim, zatem potrzebuje wyjaśnień, zrozumienia motywacji autorów, gatunków literackich itd. Tak jak nie można dosłownie rozumieć zapisów Nowego Testamentu, tak nie można Starego Testamentu brać za prawdziwą historię Izraela, choć występują w nim autentyczne postaci. A nawet jeśli występują – w jednej księdze mogą być odsądzane od czci i wiary, w innej – chwalone, jak król Manasses. Stosowanie naukowych narzędzi do lektury Biblii ma już całkiem długą tradycję, lecz Kościół nie jest do tej metody w pełni przekonany. Sceptycznie podchodził do metody historyczno-krytycznej papież Benedykt XVI, który sam postanowił opisać dzieje Jezusa z Nazaretu. W ślad za nim szereg autorów podjęło się dezawuowania tej metody. Natknąłem się na artykuł absolwenta teologii z papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu, który już w tytule stawiał zarzut apostazji (odstępstwa od wiary) tym, którzy stosują współczesne metody „rozbioru literackiego” Biblii. Skutkiem tego może być pomieszanie porządków. Z jednej strony papież Benedykt twierdził, że postać Jezusa przedstawioną na kartach Ewangelii da się odczytać i zrozumieć „jedynie w perspektywie tajemnicy Boga”, z drugiej zaś trzymał się przekonania, że znaczna część tych biblijnych opowieści odzwierciedlała fakty – łącznie z gwiazdą, która prowadziła trzech królów do Betlejem. A przy tym popełniał błędy rzeczowe w opisach, gdyż nie był historykiem. W ogóle można by rzec (żartem), że to jednak skandaliczna sytuacja, iż chrześcijaństwo nie dopracowało się jednej porządnej Ewangelii, tylko napisano ich wiele, z których w końcu cztery uznano za natchnione przez Ducha Świętego i włączono je do Nowego Testamentu. Nic tedy dziwnego, że prof. Gesa Vermes z Oxfordu, który poświęcił wiele lat na badania dotyczące świata żydowskiego początków naszej ery, w książce „Twarze Jezusa” zawarł scenę snu, w którym Jezus wypowiada słowa: „Teraz żałuję, że nie zadałem sobie trudu, aby samemu coś napisać.” Autobiografii Jezusa nie będzie. A te pisma o nim, które zostawili jego uczniowie, pisane są już z kilkudziesięcioletniej perspektywy. W dodatku w języku, który nie był ich codziennym językiem. W końcu żadna Ewangelia nie powstała w języku aramejskim, czy hebrajskim, ale w greckim.
Nic z tego co powyżej napisałem nie przeczy wartości czytania Biblii bez naukowego szkiełka i oka. Sola scriptura! Tylko Pismo! – zakrzyknąć mogą luteranie. Ono prawdziwie żywi wiarę – nie dlatego, że wiernie opisuje życie Jezusa, lecz dlatego, że angażuje i pozwala wzrastać duchowo. Ucieszyła mnie więc i ożywiła w ostatnim czasie informacja od osób zaangażowanych, że co środę spotyka się w Rawie grupa chrześcijan – luteran i katolików – po to, by wspólnie czytać Pismo Święte. Sięgajmy po nie nie tylko w Wigilię Bożego Narodzenia, gdy czytamy opis narodzenia Jezusa.






